Akceptacja niejedno ma imię

Tekst długi, ale moim zdaniem wart tego aby dotrwać do końca i dzięki temu spojrzeć na wiele spraw, ale przede wszystkim na siebie, w inny sposób. Dla mnie to pewnego rodzaju oczyszczenie, a dla Ciebie lub kogoś z Twojego otoczenia również mającego z tym problem, być może szansa żeby coś zmienić i pójść do przodu.

Akceptacja. Jedno słowo, a tak wiele znaczeń odgrywających ogromną rolę w naszym życiu. Właśnie o tym jak bardzo jest nam niezbędna, chcę dziś napisać. Bez niej nie popchniemy (ani Ty ani ja) swojego wózka dalej. Zwłaszcza jeśli jej brak zdążył odbić się na naszym zdrowiu, bez którego nie da się żyć normalnie. Brzmi banalnie ale to sama prawda.

Jak wspominałam tutaj, choćby w najmniejszym stopniu nie akceptowałam swojego ciała. Mocniejsza budowa, tzw. szeroki rozstaw kości plus brak proporcji w rozkładaniu się tkanki tłuszczowej (skubana zgubiła drogę i lokowała się nie tam gdzie trzeba) razem dawały efekt, w moim odczuciu, dość karykaturalny. Byłam młoda i głupia więc nawet przez myśl mi nie przeszło, że z tym po prostu nic nie da się zrobić bo mam takie a nie inne predyspozycje i po prostu „to wszystko wina genów” 🙂 . Rozpoczęłam więc tę swoją nierówną walkę, która tylko uaktywniła geny będące źródłem procesów chorobowych z którymi musiałam stoczyć bitwę – i dalej to robię ale już na zupełnie innych i łagodniejszych zasadach. Byłam, a właściwie jestem świetnym przykładem, jak to mówią, „samozaorania się”.
Dosłownie każde moje działanie miało wpływ na mój organizm, a wszystko co robiłam, było dla niego stresem i przeciwnikiem z którym trzeba non stop walczyć. Był wrogiem o wielu twarzach, o czym w 100% przekonała mnie moja specjalistka medycyny żywienia, ale także podkreśla to wielu innych specjalistów.

Strategię wyciągania mnie z tego bagna, Pani Agnieszka, rozpoczęła od kwestii stresu emocjonalnego, widząc, że nawet moja mowa ciała świadczy o napięciu jakie we mnie aż iskrzy. Uświadomiła mi, że gdy nie uspokoję głowy i nie zaakceptuję pewnych faktów, nasze wspólne działania nie będą mieć szans na zwycięstwo. Sugerowała psychoterapię u sprawdzonej, co ważne, specjalistki. Uważam, że generalnie jest to bardzo ważny element powrotu do zdrowia i równowagi bo czy chcemy czy nie, jakkolwiek to dziwnie zabrzmi, głowa zawsze idzie w parze z ciałem 🙂 . Na sugestię terapii byłam więc nastawiona pozytywnie i gotowa żeby skorzystać ale świadomość, że w końcu trafiłam w odpowiednie ręce wystarczyła żebym dała radę sama wszystko ułożyć sobie w głowie i nastawić się bojowo. Tym razem jednak w odpowiedni sposób, bez jakiejkolwiek presji. Ponadto, niezmiennie mogłam liczyć na moją osobistą drużynę wsparcia bez której na pewno nie potrafiłabym podejść do wszystkiego w taki pozytywny sposób. Świadomość tego, że możemy na kogoś liczyć i otworzyć się całkowicie ze swoim problemem jest niezwykle ważna o czym będę jeszcze nie raz wspominać.
Chwilę przed tym jak trafiłam do Pani Agnieszki, miałam już etap fizycznej i psychicznej, delikatnie pisząc, załamki i naprawdę nie sądziłam, że uda się coś jeszcze zrobić, a jedyne co mi pozostanie to zaakceptować fakt, że moje dotychczasowe starania można o kant stołu rozbić i oznaczałoby to jedynie sromotną porażkę, którą poniosłabym po 18 latach walki. A jednak, mimo braku wiary, przekonałam się, że jednak jest dla mnie ratunek i szansa na normalne życie, na ile to możliwe przy posiadanym przeze mnie zestawie różnych niefajnych bonusów. Wszystko to pod warunkiem, że zrezygnuję z działań, które były stresorem dla mojego organizmu na rzecz takich, które przyniosą mu samo dobro 🙂 . I tak się stało, efekty zobaczyłam o wiele szybciej niż myślałam. Zaczęłam jeść więcej, bardziej różnorodnie, a przy tym czuć się lepiej i…o tym co jeszcze się zadziało i jak to się stało, przeczytasz wkrótce na blogu 🙂 .
Najważniejsze było to, że już wiedziałam, że wszystko idzie nareszcie w odpowiednim kierunku i to również nastawiło mnie pozytywnie, a w efekcie pozwoliło zaakceptować to co w dalszym ciągu było, jest i będzie dla mnie nie do przeskoczenia.

Do tamtego momentu stresem dla mojego organizmu były zarówno emocje, które we mnie ciągle buzowały, ale także nieodpowiednie produkty (które z czasem były coraz gorzej tolerowane) a także złe dla mnie treningi, bezsenność i inne czynniki wspomniane we wcześniejszych notkach. Żyłam w permanentnym stresie często nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Mój organizm był dobijany przez cały czas i w efekcie przestawał sobie z tym radzić (tzw. efekt kuli śnieżnej) a ja tylko ciągle wymyślałam nowe sposoby na maskowanie tego co się ze mną dzieje. Okulary, czapki z daszkiem, ubrania oversize, maści na opuchnięcia, bielizna przeciwobrzękowa to były moje produkty must have. Nawet mój 3-tygodniowy kurs wizażu również nie poszedł na marne bo dzięki temu nauczyłam się ukrywać ten swój księżyc w pełni, który miałam wtedy na twarzy. O samoakceptacji nie było więc mowy, nawet jeśli w tych najważniejszych dla mnie oczach widziałam dalej TEN SAM błysk, zawsze byłam NAJ i to nie zmieniało się niezależnie od tego jak wyglądałam. Nie pomagało mi też lustro. Może, a raczej na pewno, to głupie i dla wielu niezrozumiałe, ale każdego dnia rano widząc swoje odbicie, już wiedziałam jak ten dzień będzie wyglądał i jak dużo energii tym razem poświęcę aby ujarzmić to na co JESZCZE miałam jakikolwiek wpływ.

Dzisiaj zastanawiam się po co mi to wszystko było. Zamiast docenić to co we mnie ładne (każdy ma to w sobie) ja spinałam się nie wiadomo po co i tylko narobiłam sobie tym dodatkowych problemów. Mam do siebie dużo żalu o to, że tak dałam się zwariować w imię czegoś co nieosiągalne. A nawet jeśli byłoby osiągalne to czy zależałoby mi na tym? Teraz wiem, że nie. Owszem, miło byłoby gdybym tu i tam miała mniej, tam trochę więcej a tu jeszcze dołożyłabym trochę tego. Ale nie da rady. Nie te geny, po prostu. Nie spiłuję sobie kości i nie przewałkuję sobie tej nieznośnej tkanki tłuszczowej. Chirurgia plastyczna też nie sięga aż tak daleko. Chyba, bo nie interesowałam się tematem aż tak.
Mimo, że magiczną trójkę z przodu mam już jakiś czas, dopiero teraz dorosłam do tego, żeby zrozumieć, zaakceptować, a nawet polubić to, że mam takie ciało a nie inne. Nie mam aspiracji żeby zostać modelką (i tak jestem za stara i za niska haha) więc czy naprawdę do szczęścia są mi potrzebne słynne 90-60-90? Odpowiedź brzmi NIE. Mam tu i tam trochę więcej plus tę swoją mocną budowę kości i OK, akceptuję to bo najważniejsze jest dla mnie zdrowie i to ono jest dla mnie priorytetem. Nie ukrywam, miło będzie jeśli w lustrze zobaczę zgrabniejsze ciało ale na pewno nie zamierzam dłużej spinać się z tego powodu. Spinać mogę jedynie pośladki na treningu na który akurat będę miała ochotę, a nie dlatego, że MUSZĘ bo inaczej świat się zawali. Koniec z takim podejściem. Będzie zdrowie, będzie wszystko. Organizm zacznie z nami współpracować i nagle okaże się, że to o co walczyliśmy tyle czasu, przychodzi w łatwy i przyjemny sposób. Oczywiście pod warunkiem, że tym razem podejdziemy do wszystkiego w odpowiedni sposób. Jak to zrobić? O tym także poczytasz wkrótce na blogu 🙂 .
Zacznijmy (my wszyscy, którzy mają problem) w końcu żyć, jak normalni ludzie, a nie pod dyktando tego co widzimy w lustrze albo o zgrozo, na wadze. Z tą drugą radzę się pożegnać. Dożywotnio.
Moim marzeniem (byle nie ściętej głowy 🙂 ) jest to żeby było więcej akceptacji wobec siebie ale i drugiego człowieka. Wobec inności, w każdym tego słowa znaczeniu. Każdy z nas jest wyjątkowy i to właśnie dzięki genom. Doceńmy i zaakceptujmy to co dostaliśmy, zamiast wyśmiewać mniej lub bardziej wyimaginowane niedoskonałości, zarówno czyjeś jak i swoje. A nawet jeśli ktoś je posiada to co z tego? Czy to powód żeby je wytykać? Mniej złośliwości, więcej życzliwości i od razu będzie nam się lepiej żyło. Weźmy przykład z Włochów – mają zdecydowanie pozytywne podejście zarówno do siebie jak i do drugiego człowieka. Energia aż od nich bije i chce się z nimi przebywać.
Jest też też druga strona medalu. Wiesz co mnie uderzyło? Kiedy nastąpił we mnie przełom i odważyłam się wrzucić zdjęcie całej sylwetki (gdzie teraz, mimo już sporej akceptacji, to dla mnie nie było aż takie łatwe jak w tych „szczuplejszych” okresach) na jedną z grup facebookowych dotyczących zaburzeń odżywiania. Byłam w szoku czytając komentarze. Na zdjęciu nie jestem ani gruba ani chuda. Wiem, że akurat tam dziewczyny dążą do możliwie jak najszczuplejszych sylwetek i chciałam trochę je z tym pohamować i przekonać, że nie warto tak się zarzynać… Do czego jednak zmierzam? Widziałam ich zdjęcia, wiem, że są piękne i o wiele szczuplejsze niż ja bo o to walczą, już naprawdę wyniszczającymi metodami, każdego dnia. A to we mnie widziały atrakcyjną kobietę, nawet bardzo, sądząc po komentarzach. Swojego piękna nie widziały. I tutaj znowu kłania się kwestia akceptacji, a raczej jej brak. To takie przykre patrzeć teraz już z boku, na to co ludzie (problem dotyczy zarówno kobiet i mężczyzn) sami sobie fundują aby osiągnąć ideał, którego… po prostu nie będzie.
Naprawdę mam nadzieję, że swoją otwartością i działalnością uda mi się zwrócić uwagę na ten problem. Dość już ofiar (dosłownie) tej chorej pogoni.

Osób z takimi problemami jak moje, jest cały ogrom. Naprawdę. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wielu. No bo skąd? Przeżywają osobiste dramaty w swoich głowach, czterech (lub pięciu jak u mnie) ścianach albo grupach facebookowych, szukając pomocy w różnym tego słowa znaczeniu. Jeśli jednak jesteś jedną z tych osób, walczących i poszukujących wsparcia, tym bardziej cieszę się, że tu jesteś.

Chwilę temu rozpoczęłam nowy etap w swoim życiu. Zmieniło się bardzo wiele. Przełomem było to, że poznałam przyczyny swoich problemów i możliwości jak temu zaradzić i żeby mój organizm zaczął ze mną współpracować. Wbrew pozorom nawet tutaj potrzebna jest pewnego rodzaju akceptacja. Po pierwsze to zrozumienie wobec tego co dzieje się z naszym ciałem podczas powrotu do zdrowia. Potrzeba także dużo samozaparcia, obserwacji reakcji swojego własnego ciała oraz cierpliwości. Ta ostatnia jest niezbędna do tego żeby zrozumieć, że powrót do zdrowia to naprawdę proces składający się z wielu czynników wpływających na to czy uda nam się osiągnąć pełny sukces. Czasem możemy się potknąć, na to też trzeba być na to przygotowanym i to zaakceptować. Ja również mam na koncie małe błędy które nawet teraz popełniam i które chwilowo potrafią mnie, delikatnie pisząc, wkurzyć. Przykładem niech będzie sytuacja kiedy ostatnio ciężko było mi zaakceptować to co działo się z moim ciałem po zjedzeniu tego co już jest dla mnie dozwolone i nie takiej reakcji jakbym się spodziewała. Po badaniach, okazało się, że mogę (a myślałam, że nie) jeść chleb, byle odpowiedni dla mnie. Jaka to była radocha! Niestety, trochę popłynęłam z ilością – bo przecież dozwolony to nic się nie stanie, zwłaszcza jak na jego rzecz zrezygnuję z obiadu więc kalorycznie wszystko będzie się zgadzało. Niestety, chwilowo zapomniałam, że u mnie akurat kalorie to najmniejszy problem. W efekcie, z prędkością światła, dała o sobie znać moja insulinooporność i zaprotestowały moje jelita – znowu „byłam w ciąży”, bez energii, standardowo z zatrzymaną wodą i uczuciem jakbym miała za mało skóry. Myślałam, że trafi mnie szlag bo w tamtym momencie wydawało mi się, że to regres na skalę światową i że moje ciało jest już w takim stanie, że w ogóle po co to wszystko. Przeżywałam swój, na oko, 60-minutowy koniec świata. Tak bardzo bałam się, powtórki z rozrywki. Na szczęście udało mi się szybko zrozumieć (i powtarzam to sobie) że takie małe „porażki” to kolejne doświadczenie i element zdrowienia a my musimy to zaakceptować. W końcu nie od razu Rzym zbudowano. A żeby się pośmiać (mam nadzieję, że tak zareagujesz 🙂 ) jeszcze wspomnę tutaj o jednej historii – apropos zmiany podejścia…Kiedyś poszłam (w luźnej tunice) na zakupy chwilę po zjedzeniu śliwek. Moje jelita miały akurat ten swój gorszy czas więc…gdy stanęłam w kolejce uprzejmy kasjer zaprosił mnie do kasy bo „przecież panie w stanie błogosławionym mają pierwszeństwo”. Zagotowało się we mnie niemiłosiernie, ale uśmiechnęłam się (podejrzewam, że dość krzywo) i podziękowałam. W tamtym momencie było mi głupio i myślałam „co innego miałam zrobić?”. Przyznać, że ja tylko najadłam się śliwek? Wtedy złapałam doła bo to był czas kiedy naprawdę bardzo męczyłam się z moimi jelitami. Dzisiaj śmiać mi się chce na samo wspomnienie i wiem, że teraz z moim podejściem odpowiedziałabym, że po prostu miałam ochotę na śliwki. Zresztą, samo założenie bloga, przyznanie się do tego co się ze mną działo, nieukrywanie już swoich słabości zarówno pisząc o tym jak i pokazując zdjęcia z tych gorszych, jest dla mnie wyrazem samoakceptacji.

Zdaję sobie sprawę, że niektórzy patrząc na moje zdjęcia czy też widując się ze mną na co dzień, mogą dziwić się i zastanawiać o co mi właściwie chodzi. Wyglądam normalnie, nie za chuda, nie za gruba, jak to niektórzy mówią „taka w sam raz”. Tak, zgadzam się. Ale jest to efekt tego, że walczyłam o siebie przez cały czas. Owszem, robiłam to dość nieumiejętnie ale nie na tyle żeby dobić się całkowicie. Koniec końców bilans i tak wychodzi na plus bo choć męczyłam się niemiłosiernie to odwróciłam i nie pozwoliłam rozwinąć się temu co zapewne, przez moje predyspozycje genetyczne, obudziłoby się we mnie pod wpływem śmieciowego jedzenia, innego rodzaju stresu, a także innych czynników zewnętrznych, które mają wpływ na aktywność genów. A z tą moją zaburzoną metylacją już zaczynam sobie radzić 🙂 o czym tutaj napiszę już za moment.

O czym jeszcze warto tutaj wspomnieć to wpływ otoczenia na to jak walczymy i staramy się radzić ze swoimi niedoskonałościami i problemami. Nie jest to łatwe gdy zderzamy się z brakiem zrozumienia. Niestety, jest sporo osób wyśmiewających to, że ktoś jest na diecie. Szczególnym hejtem „cieszy się” głównie ta bezglutenowa i m.in. szydzenie z jednej z czołowych trenerek tylko dlatego, że taki rodzaj diety promuje. Jest to niezwykle krzywdzące dla osób, które faktycznie nie kierują się modą i muszą jej przestrzegać, tak jak przykładowo ja. Widzę i słyszę, że dochodzi do takich absurdalnych sytuacji, że człowiek musi (i co gorsza, naprawdę robi to) chować się ze swoim jedzeniem i tylko rośnie w nim frustracja bo znowu okazuje się, że nie może żyć jak normalny człowiek, jakby nie miał i tak już sporej ilości restrykcji. Jak więc wracać do zdrowia w takiej sytuacji? Po prostu zaakceptować to, że mamy pewne ograniczenia, nie przejmować się i robić przy tym swoje. Na głupie uwagi reagować odpowiednią kontrą jeśli trzeba, lub też spokojnie podjąć na ten temat dyskusję. Wiem co piszę. Zazwyczaj, kiedy komuś przedstawiałam swój problem, od początku nie wstydząc się o tym mówić, a ktoś nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji, w 95% widziałam zmianę podejścia z drugiej strony. Zawsze pozytywna. Ważne jest także to żeby nie bać się prosić o pomoc np. w knajpach. Naprawdę, wystarczy zapytać a okazuje się, że nie jest problemem np. podgrzanie swojego jedzenia kiedy nasz towarzysz normalnie zamawia danie. Znam to z autopsji bo od początku nie robiłam sobie dodatkowego problemu i właśnie nie ukrywałam również w miejscach publicznych tego, że muszę jeść tak a nie inaczej, chodziłam ze swoimi pudełkami i w 99% otrzymywałam pomoc, a wręcz wiele razy byłam pozytywnie zaskoczona dodatkową inicjatywą ze strony personelu.
Najważniejsze jest jednak akceptacja i wsparcie płynące ze strony najbliższych. Wiem, że nie każdy ma to szczęście co ja w tej kwestii ALE uważam, że jeśli nie ma się tego na ten moment, nie oznacza to, że nie można nic z tym zrobić. Kwestia tego jak przedstawimy problem i czy będziemy umieli uargumentować jakiej pomocy oczekujemy. Ale do tego tematu jeszcze wrócę a póki co z tego miejsca dziękuję jeszcze raz mojej kochanej Sis za upieczenie przepysznych babeczek bezglutenowych, specjalnie dla mnie i z produktów w całości przeze mnie tolerowanych! Kochana moja! Doceniajmy tych którzy nam pomagają, w każdy możliwy sposób.

Jakkolwiek to zabrzmi, chcę coś zmienić. Coś czyli sposób postrzegania siebie a co za tym idzie, nierobienia sobie krzywdy, tylko skupienia się na tym aby robić w życiu to co najważniejsze. Ciało to tylko opakowanie. Owszem, jest bardzo ważne i nie oznacza to żeby pozwalać na to żeby „puszczały nam lejce” i hulaj dusza piekła nie ma. Z takim podejściem nigdy to się dobrze nie skończy. Ja zachęcam żeby o siebie dbać. Ważne jest jednak żeby robić to w najbardziej bezpieczny i możliwy do zrealizowania sposób. Do tego podkreślajmy swoje atuty, a z tym na co nie mamy wpływu… wiecie co macie zrobić 🙂 . A co najważniejsze, przestańmy wegetować i zacznijmy żyć. Tak po prostu. Jak powtarzał wspaniały ksiądz a dla mnie raczej „dusza człowiek” śp. Jan Kaczkowski „Zamiast ciągle na coś czekać – zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później niż Ci się wydaje.” Nie czekajmy więc na ideał który wykreowaliśmy w głowie tylko cieszmy się tym co mamy.

Tekst długi ale musiał taki być. Chciałam przedstawić wszystko to co we mnie siedziało i co moim zdaniem na ogromne znaczenie żeby w końcu zaakceptować to co z nami dzieje jeśli chcemy iść dalej, zwłaszcza jeśli aż za dobrze zna się tematy które poruszam. Zapewne jeszcze nieraz poruszę kwestie o których wspomniałam w tym tekście bo to zbyt rozległe tematy żeby wszystko opisać w 100% w jednym poście ale teraz przynajmniej będę mogła przejść do konkretów na które, mam nadzieję, czekacie 🙂 .

Dziękuję za uwagę i zachęcam do zostawiania komentarzy lub skrobnięcia kilku słów na kari@winagenow.pl 🙂

Kari

Daj znać, że jesteś!

By | 2019-05-19T13:50:22+01:00 12 listopada , 2018|Dowiedz się więcej|