#mamfun w Pradze

Praga! Stolica kraju, który kojarzy się z knedliczkami, piwem, Krecikiem i jak się okazuje mitem dotyczącym legalności medycznej marihuany :). Długo mnie tam nie było dlatego tym bardziej ucieszyłam się, że jest pretekst żeby w końcu wrócić do naszych południowych sąsiadów. Jak to wyszło?

Lata temu obiecałam mojemu ukochanemu Tacie, że jak Metallica będzie grać w Polsce to pojadę z nim na koncert. Zawsze jednak albo za późno się budziliśmy albo dziwnym trafem coś wypadało. Tym razem jednak, kiedy gruchnęła informacja, że James Hetfield i jego ferajna wracają nad Wisłę, nastąpiła pełna mobilizacja i polowanie na bilety. Jakie było zdziwienie kiedy okazało się, że sprzedaż ruszyła o godzinie 10.00 a o 10.02 było już po zawodach! Oczywiście, domyślaliśmy się, że to był tzw. wałek ale jak to zawsze mówimy, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. W ten sam dzień dowiedzieliśmy się, że na koncert w Warszawie wprawdzie nie ma już biletów, ale za to czekają na ten w Pradze i to na płytę! Ucieszyło nas to tym bardziej, że po dwóch koncertach Guns N’ Roses mieliśmy porównanie jakie wrażenia są na trybunach, a jakie właśnie na płycie. Teraz więc wybieramy już tylko tę drugą opcję jeśli tylko jest taka możliwość. Przy kupowaniu biletów nagle z naszej dwójki zrobiła się wesoła gromadka 3, a dziewięć miesięcy później ruszyliśmy do Pragi na sierpniowy długi weekend połączony właśnie z koncertem.

Jako środek transportu wybraliśmy Flixbus’a który finansowo opłacał się najbardziej, aczkolwiek trochę się „zgapiliśmy” bo gdybyśmy od razu kupili bilety na samolot to zapłacilibyśmy ok.150 zł więcej czyli w sumie 700 zł w obie strony. Opłaca się to tym bardziej, że sama podróż trwa ok. 4 godzin (łącznie z przesiadką w Warszawie) a po drugie samolot z Poznania wylatuje o 5.50, w Pradze jest się na miejscu ok.10.00 zatem prawie cały dzień mamy do przodu. Polecam Wam sprawdzać samoloty bo naprawdę często opłaca się o wiele bardziej niż się wydaje. Ja ogólnie nie narzekam bo nikt nie powiedział, że nie pojedziemy tam znowu, zwłaszcza, że mam niedosyt samej Pragi na tyle, że chętnie zwiedzę ją z przewodnikiem :). Poza tym niewątpliwym plusem Flixbus’a (mimo pewnych nieudogodnień na tak długiej trasie) było to, że dworzec autobusowy (w dzielnicy Florenc) był 200 m od naszego hotelu. To o tyle ważne, że nie musieliśmy „tarabanić się” przez całe miasto z walizkami, które „trochę” 😉 ważyły zwłaszcza, że byliśmy tam w sumie na 5 dni a prognozy wskazywały, że Praga będzie w tym czasie wyjątkowo kapryśna o czym faktycznie zdążyliśmy się przekonać mając codziennie inną i to skrajną pogodę :).

Co do samego hotelu Opera w którym nocowaliśmy – wszystko na plus. Nie dość, że lokalizacja rewelacyjna – poza dworcem na sam koncert jechaliśmy tylko 8 stacji metra, to jeszcze do ścisłego „centrum atrakcji” - Starego Miasta i m.in. Mostu Karola mieliśmy ok.3 km spaceru. Ponadto szczególnie dla mnie ważne było to,że śniadania nie były ubogie. Nie mam na myśli tutaj tego, że miałam niepohamowany apetyt (choć ci go mają, będą zdecydowanie usatysfakcjonowani :)) ale to, że ze względu na swój sposób odżywiania mam sporo ograniczeń a mimo to, dałam radę najeść się do syta :). Moja banda jedząca wszystko, była tym bardziej zachwycona. Mogę więc śmiało polecić hotel Opera. Mój Tata twierdzi, że to przypadek, że trafiliśmy akurat tam i wszystko tak dobrze się złożyło. Jednak ten kto mnie zna, wie, że ja w przypadki nie wierzę :).

Nie ukrywam, że właśnie z racji moich „wymogów żywieniowych” zastanawiałam się jak to będzie z jedzeniem już na miejscu. Nie denerwowałam się jednak bo już wiem jak sobie radzić choćby dlatego, że zawsze robię mały „research” przed wyjazdem i m.in. tym dzielę się w ramach Zdrowo Docelowo, które teraz z pewnością również nabierze przyspieszenia :). Ale wracając do tematu samej Pragi… Niestety nie udało mi się znaleźć knedlików „bez lepku” czyli bez glutenu (a wiem, że są dlatego to plan na następny raz) ani niczego lokalnego co mogłabym zjeść akurat na takim etapie odżywiania na którym jestem aktualnie… Parę miesięcy temu odrzuciło mnie od mięsa i jem (zazwyczaj ryby jak już) dosłownie raz na jakiś - ostatnio dowiedziałam się, że to tzw. flexitarianizm – znaliście ten termin? 🙂 Myślałam, że przemówią do mnie np. praskie gulasze ale niestety. Miałam chwilową (!) ochotę na golonkę (pierwszy raz w życiu!) bo ta zamówiona przez Szwagra wyglądała naprawdę smakowicie. Kiedy ją wcinał (aż mu się uszy trzęsły!) nie dałam się skusić żeby spróbować bo to był dzień naszego przyjazdu, właściwie już wieczór a ja jedynie marzyłam już o poduszce 🙂 a i mój organizm, nie wiedzieć czemu, lubi spać na lekkiego głodniaka bo inaczej (może to głupie ale zawsze tak mam!) śnią mi się koszmary. Znowu „to wszystko wina genów” bo mój Tata też tak ma :). Wspominałam, że nie wierzę w przypadki, prawda? 🙂

Nie wiem dlaczego ale nie miałam jakoś apetytu dlatego tym bardziej nie martwiłam się, że podczas całego wyjazdu pozostawały mi przekąski,głównie orzechy (które od dawna mogłabym jeść kilogramami;)) i standardowe sałatki, które są i w knajpach ale i które, co ciekawe i ważne, kupimy w sklepach (ale nie wszystkich, mimo że jest ich dosyć sporo!) sieci Billa. Możemy je tam sami komponować, nakładać ile chcemy, a że wybór składników jest optymalny to na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Za 100 g takiej sałatki zapłacimy 150 czeskich koron czyli ok.26 zł. W knajpie zapłacimy ok.100 koron więcej :). Poza tym w samej Billi znajdziemy naprawdę spory wybór wegańskich produktów. Jeśli nie zwracamy szczególnej uwagi na skład to każda osobą na diecie vege z pewnością znajdzie tam coś dla siebie.

W pobliżu naszego hotelu było kilka miejscówek, które miałam w tzw. pogotowiu. Poza sklepami Billa ale i tzw. „chińczykami” w których królowały produkty konopne 🙂 (i tu uwaga niespodzianka bo znalazłam chipsy z krótkim i przyjemnym jak na kupne składem: mąka konopna, mąka z zielonego groszku, olej i sól) był także sklep "Svět oříšků" z artykułami spożywczymi, kosmetykami i nie tylko :). Z kolei około 100 metrów dalej, w budynku galerii ČERNÁ LABUŤ na pierwszym piętrze znajduje się wegańska restauracja Loving Hut gdzie podobnie jak w sklepie Billa, prawie wszystkie składniki komponujemy sami i bierzemy ile chcemy. Tutaj wybór jest zdecydowanie większy i mamy też gotowe opcje np. wrapy ale także zupy. Z kolei na parterze, pod knajpką znajduje się wegański sklep Vegan world w którym znajdziemy wiele artykułów spożywczych dla osób na różnych (vege, raw, paleo, bez laktozy, bez glutenu, bez cukru) dietach. Ponadto, jeśli znacie produkty marki Veganz (których jest sporo np. w Niemczech) to tutaj też się nie zawiedziecie. Jest także dosyć duży wybór kosmetyków a nawet jedzenie dla pupili na czterech łapach. Moje serce a raczej podniebienie szczególnie podbił kupiony właśnie w Vegan World jogurt kokosowy, który wcinałam codzienie. Wprawdzie w Polsce też już mamy ten o którym wspominałam na Facebook’u ale to produkowany przez markę Wild Coco zdecydowanie wygrywa, zarówno smakiem jak i specyficzną konsystencją, o składzie nie wspominając :).

Mój wniosek, jeśli chodzi o radzenie sobie w Pradze będąc na różnego rodzaju dietach jest jeden: DA SIĘ 🙂 o czym jeszcze dobitniej przekonam Was przy kolejnym wyjeździe. Póki co, naprawdę polecam Wam właśnie ten pisząc po poznańsku „fyrtel” jakim jest „łącznik” między Nowym Miastem (i wspomniana dzielnica Florenc) a Starym Miastem gdzie są główne atrakcje.

P.S. potwierdziły się głosy, które słyszałam (nie, nie w swojej głowie :)) o tym, że właśnie do Pragi warto jeździć na koncerty bo jest świetne nagłośnienie, organizacja i ogólnie klimat. Po cud, miód i...knedliki ;). Pozostaje mi potwierdzić i szykować się na kolejne koncerty :). Kto z Was odwiedził Pragę jako „zwykły” turysta a kto był na koncercie? Podzielcie się wrażeniami :).

Kari

Daj znać, że jesteś!

By | 2019-08-27T19:52:59+02:00 27 sierpnia , 2019|Bez kategorii|