Moja historia

To była wyboista, 18-letnia jazda bez trzymanki, pełna zakrętów, wzniesień i równi pochyłej. Jazda, która bardzo mocno odbiła się zarówno na moim ciele jak i psychice. Straciłam ponad połowę swojego życia na to, żeby znaleźć rozwiązanie swoich problemów związanych z funkcjonowaniem mojego organizmu. Ale, jak to mówią, lepiej późno niż wcale…
Moją udręką, odkąd pamiętam, była presja aby osiągnąć ideał sylwetki, tak bardzo pożądany przez świat w którym żyjemy. Od dziecka nie należałam do szczupłych osób więc walkę rozpoczęłam bardzo wcześnie, a wojna na całego wybuchła gdy miałam 14 lat.
Chciałam być szczupła jak inni, za wszelką cenę. Walczyłam ze sobą każdego dnia, aby zrealizować to, co było nierealne. Wszelkiego rodzaju diety, suplementy, spalacze tłuszczu, katorżnicze treningi, masaże, zabiegi odchudzające i inne możliwe cuda-wianki. Ile razy teraz pomyślę jak dużo pieniędzy wydałam na te wszystkie eksperymenty, to naprawdę robi mi się słabo! Zamiast przyjemności, ciągle musiałam inwestować w swoje ciało, nie potrafiłam zaakceptować tego jak wyglądam, zwłaszcza, że wszystko szło w coraz gorszą stronę i nie umiałam tego zahamować. Robiłam co mogłam: wizyty u różnych dietetyków klinicznych, psychodietetyków (hitem była jedna poznańska „specjalistka” która zaproponowała mi dietę 1300 kalorii wiedząc, że codziennie ćwiczę i mam zaburzenia odżywiania), a także wielu trenerów, lekarzy różnych specjalizacji i innych ludzi, którzy mieli mi TYM RAZEM NA PEWNO pomóc. Szukałam zarówno w Poznaniu jak i w Warszawie, ale byłam gotowa jechać wszędzie, byle się udało. I mimo dowiadywania się o kolejnych dolegliwościach czy możliwych przyczynach problemów, to nawet mimo zwalczania ich, moja waga nadal bardzo się wahała. Bardzo wcześnie wpadłam w zaburzenia odżywiania, męczył mnie notoryczny efekt jojo, do tego rosła też frustracja, gdy na dietach, które kiedyś działały zaczęłam tyć. Podobnie było z treningami, niezależnie od tego czy trenowałam bardzo dużo czy delikatniej. Nieraz zaczynałam trening o 4.00 rano i jechałam 30-40 km na rowerze. Zdarzało się, że biegałam nawet w 12-stopniowym mrozie i śnieżycy, a popołudniami szłam na crossfit. Na basenie o 6.00 rano byłam pierwsza. Wahania wagi (a raczej retencja wody) były coraz większe, oczywiście na moją niekorzyść. Mało tego, woda zatrzymywała mi się do tego stopnia, że wiele razy lądowałam na SOR pod kroplówką. Mimo coraz wyraźniejszych sygnałów ostrzegawczych ze strony mojego ciała, dawałam z siebie wszystko co mogłam i nie odpuszczałam nawet na wakacjach i w święta, jednocześnie dalej szukając ratunku. Przed ludźmi udawałam, że jest OK i starałam się kamuflować to co się dzieje, podczas gdy w środku przeżywałam swój wewnętrzny dramat.
W międzyczasie sama, bez jakiejkolwiek pomocy specjalistów (ale ze wsparciem moich cudownych Najbliższych) pokonałam zaburzenia odżywiania, jednak to wcale nie rozwiązało mojego problemu. Doprowadziłam organizm do takiego skraju, że nawet mała dodatkowa garść migdałów czy łyżeczka soli więcej, powodowały puchnięcie. Alkohol to była totalna katastrofa. Nawet jeśli raz na rok (dosłownie!) wypiłam wódkę bezglutenową (już wtedy wiedziałam, że nie mogę glutenu, nabiału i cukru) z wodą i sokiem z cytryny, to na drugi dzień wyglądałam jak ludzik Michelin, mimo, że szczegółowe badania wątroby pokazywały, że wszystko jest w porządku. Cały czas (naprawdę!) zależało mi na zdrowiu i chyba tylko to uchroniło mnie przed głodzeniem się. Frustracja rosła i rosła, a ja coraz bardziej nie mogłam sobie z tym poradzić. Cały czas byłam więźniem we własnym ciele, który katował się za urojone przewinienia. I to chyba bolało najbardziej, bo inaczej jak człowiek sam siebie oszukuje („a zjem to ciasteczko, co mi tam!”), a co innego kiedy ma się poczucie, że zrobiło się absolutnie wszystko żeby było lepiej, a jest tylko gorzej… Łzy stają w oczach na samą myśl tego co się działo jeszcze niedawno, gdy moje życie uciekało mi przez palce, z jak wielu rzeczy wtedy rezygnowałam i sama sobie odebrałam możliwość życia jak normalny człowiek. Mimo, że jako kobieta jestem spełniona, mam do tego wspaniałą Rodzinę i prawdziwych Przyjaciół, to zawsze czułam się niewystarczająco dobra by zasłużyć na to co najlepsze. Kompleksy mnie zabijały. Ta obsesja kontroli nad swoim ciałem wynikała właśnie z tego, że chciałam być idealna fizycznie aby potem być idealna w życiu.Dziś wiem, że niektóre cele były nie do osiągnięcia, nawet jeśli zatańczyłabym na rzęsach. Dlaczego? Bo tak naprawdę TO WSZYSTKO WINA GENÓW. Żałuję jednak, że przekonałam się o tym fakcie po tylu latach, ilości wylanych łez, stresu, wydanych pieniędzy, sugestiach, że to moja psychika. Jednak… grunt, że w ogóle.
Jak wspomniałam [link] wyraźnie widzę, że jestem przykładem „teorii pistoletu”. Mimo, że do niedawna miałam ogromne skoki wagi i problem z zatrzymywaniem wody (nawet 10 kg w kilka miesięcy mimo diety) a moim zabójczym nabojem był stres, złe tabletki hormonalne i nie do końca odpowiednie dla mojego organizmu (należące do kategorii zdrowych) produkty, to dzięki temu, że stawiałam na nieprzetworzone produkty, czytałam etykiety, cały czas byłam aktywna to cofnęłam objawy takich schorzeń jak: insulinooporność (każdy ze specjalistów pyta mnie czy brałam leki bo mam takie dobre wyniki), policystyczne jajniki, zakrzepica, niedoczynność tarczycy i Hashimoto, a także PMDD czyli o wiele cięższej odmiany PMS, o którym też już zresztą prawie zapomniałam, a naprawdę (co moi Bliscy mogą potwierdzić 😉 ) był to istny horror, zarówno psychiczny jak i fizyczny. Wszystko to odwróciłam bez pomocy środków farmakologicznych. Każda z tych chorób nie bierze się z powietrza, a właśnie ma swoje źródło w genach, nawet jeśli akurat tych konkretnych chorób nie mieli nasi Rodzice czy Dziadkowie. I tutaj powtarzam – geny genami ale to od nas zależy co będzie dalej. Z racji tego, że w rodzinie nie było (a raczej nic na to nie wskazywało choć dzisiaj wiem, że się myliłam) takich przypadków jak mój, nie wpadłam na to, że może trzeba zrobić badania genetyczne. To, że mi nie przyszedł ten pomysł do głowy to rozumiem, ale specjaliści do których chodziłam? Dziś mam wrażenie a raczej pewność, że każdy kto ma problemy zdrowotne (a jest nas niestety coraz więcej) powinien postawić w pierwszej kolejności właśnie na badania genetyczne i według ich wyniku szukać właściwego dla siebie rozwiązania. Ważne jest to tym bardziej, że nie chodzi tylko o chęć bycia szczupłym ale przede wszystkim o zdrowie, bez którego tak naprawdę daleko nie zajdziemy… Co ważne, dla wielu osób zapewne nie do pomyślenia jest to, że naprawiając swój organizm, chronimy przed chorobami nasze kolejne pokolenia. O tym jak to zrobić, chcę pisać na tym blogu.
Łamałam się psychicznie wiele razy, wylewając przy tym morze łez. Tylko kilka najbliższych osób zdawało sobie sprawę jaki dramat przeżywam. Niestety, takich ludzi jak ja jest coraz więcej… Jednak, moja kochana Mama ZAWSZE powtarzała, że grunt to diagnoza i NIGDY nie zwątpiła w to, że znajdziemy rozwiązanie i cóż… jak zwykle miała rację :). Po nitce do kłębka i udało się! I pomyśleć, że gdybym nie trafiła na te kolejne zabiegi odchudzające… ;).
Moja droga ku nowemu, lepszemu życiu wciąż trwa ale teraz jest to przyjemny spacer podczas którego mam poczucie, że wszystko zaczyna się układać dzięki znalezieniu ostatniego kluczowego elementu tej całej układanki. Tym elementem okazała się mutacja genu i związana z tym m.in. zaburzona metylacja.
Musiałam (i jakoś się udało ;)) zaakceptować to czego w swoim ciele nie mogłam znieść. Nie powiem, że polubiłam te swoje niedoskonałości ale pogodziłam się z tym co jest i jakoś tak łatwiej mi teraz :).
Upadałam, płakałam ale za każdym razem podnosiłam się z kolan i walczyłam dalej. Na koniec, kiedy już naprawdę byłam psychicznym wrakiem i marzyłam żeby to wszystko się skończyło, często słyszałam porównanie mojej sytuacji do maratończyka, który biegnie i biegnie, daje z siebie wszystko, a im bliżej mety, tym bardziej opada z sił. Przed samym finiszem praktycznie pada na kolana i nie ma już sił, chce się poddać ale… ostatkiem sił podnosi się i osiąga cel. Do dzisiaj słyszę z wielu ust podziw za to, że nie dałam sobie wmówić, że to „moja głowa” czy „taka uroda” i walczyłam tak długo aż nie wygrałam. Tak, mam teraz poczucie wygranej. W końcu czuję się dobrze ze sobą, energia wręcz mnie rozpiera. Zaczynam nowe życie i nadrabiam stracony czas :). Pamiętaj, NIGDY nie jest za późno na zmiany!

P.S.

Tuż przed startem akcji #genowelove zdałam sobie sprawę z jednej ważnej kwestii, którą muszę tutaj dopisać nie chcąc już zmieniać całego tekstu. Patrząc jednak na to obiektywnie, widzę, że jest to wręcz kluczowe i miało na mnie tak samo duży wpływ jak presja fit o której napisałam wcześniej.

Problemem była/jest moja babcia. Ktoś, z kim mieszkałyśmy z Mamą po jej rozstaniu z Tatą. Ktoś kto powinien dawać wsparcie własnej córce i wnuczce, cokolwiek by się nie działo. Tak jednak nie było. Pomijając jej podejście do samego rozstania moich Rodziców, chcę napisać o tym jak traktowała głównie mnie, mistrzowsko wręcz kryjąc przed innymi wiele swoich zachowań. Żal który we mnie siedzi jest o wiele większy niż zdawałam sobie z tego sprawę i tak naprawdę dopiero teraz zaczynam to wszystko w sobie trawić. Mimo, że moja głowa jest tym wszystkim bardzo zmęczona to wiem, że „przerobienie tematu” jest niezbędne aby postawić tę przysłowiową kropkę nad i po to aby naprawdę zacząć wszystko od nowa.

Powodów mojego żalu do babci jest naprawdę wiele. Po pierwsze o to, że od zawsze gdy u niej mieszkałyśmy, dokarmiała mnie za dwóch a nawet trzech. Zdaję sobie sprawę, że ogólnie przyjęło się zjawisko babcia = rozpieszczanie. Tutaj jednak była niezdrowa przesada, jakby nie było innych sposobów na „okazanie troski”. Serwowała mi np. dodatkowe dwa obiady dziennie, po jednym zjedzonym przeze mnie jeszcze w przedszkolu. Dosłownie przekarmiała mnie. Byłam dzieckiem więc jadłam ciesząc się, że babcia tak o mnie „dba” i chociaż w taki sposób (o czym za chwilę) okazuje mi uczucia… Moja ciężko pracująca i jednocześnie studiująca Mama prosiła babcię żeby tego nie robiła, ta jednak miała to w nosie a dzięki niej moje komórki tłuszczowe rosły na potęgę. Strach myśleć co by się ze mną działo gdybym nie była aktywnym dzieckiem na co dzień ale i w weekendy podczas których jeździłam z Tatą do moich ukochanych Dziadków na działkę pod Poznaniem. To jednak nie wystarczyło. Moje BMI zdecydowanie przekraczało normę a stan zdrowia sukcesywnie się pogarszał. Zaczął działać wcześniej wspomniany efekt pistoletu – predyspozycje genetyczne dobite przez złe naboje.

Dokarmianie to nie był jedyny problem. Babcia praktycznie przy każdej okazji powtarzała, że kiedy człowiekowi jest źle, najlepiej żeby sobie coś zjadł bo albo będzie lepiej albo gorzej (sic!). Gdzie tu logika? Dziś nie widzę jej kompletnie ale wiadomo, że czym skorupka za młodu… W ten właśnie sposób nauczyłam się zajadać emocje. Najpierw te złe momenty ale też nagradzałam się za te dobre. Jednocześnie rosłam ja jak i wszędobylski kult fit. I tak popłynęłam…

Dzisiaj wiem, że moja babcia miała na mnie ogromny wpływ i niesamowitą moc, niestety w tym złym słowa znaczeniu. Nie dość, że tuczyła mnie jak małą świnkę, nauczyła mechanizmu bulimii to jeszcze niszczyła mnie psychicznie ale i podnosiła rękę, robiąc to w taki sposób żeby nikt się nie zorientował i wmawiając innym, że kłamię kiedy już się odważyłam skarżyć. Po latach do wszystkiego się przyznała. Jednak co z tego? Dzięki niej uwierzyłam, że do niczego nie dojdę, jestem beznadziejna, głupsza niż inni, nawet o wiele młodsi ode mnie jej wnukowie. Do dziś nie wiem w czym byli lepsi. Potrafiła innych chwalić innych za najmniejszy sukces, moje NIGDY się nie liczyły. Najdziwniejsze (pod kątem tego działo się w mojej głowie) w tym wszystkim jest to, że moja Mama przenigdy we mnie nie zwątpiła, ZAWSZE mi kibicowała i wspierała w każdym nawet najmniejszym albo najbardziej szalonym planie, powtarzała, że dam sobie radę ze wszystkim i osiągnę wszystko o czym marzę, podobnie zresztą jak pozostali członkowie mojej drużyny wsparcia. Każdemu z nich jestem i będę dozgonnie wdzięczna za to, że byli i są. Myślę, że nawet nie zdają sobie sprawy z tego jak wielki wpływ mieli na to, że się nie poddałam, JESTEM jeszcze na tym świecie (choć w najgorszych chwilach poddawałam się totalnie wiele razy) i chcę walczyć o siebie a teraz też o innych. Niestety ja jako dziecko zakodowałam w swojej głowie głównie to co mówiła babcia a potem tylko to pogłębiałam. Z taką właśnie samooceną żyłam tyle lat, jeszcze do niedawna. Po drodze mniej lub bardziej świadomie rujnowałam sobie życie, które teraz odbudowuję przez projekt Twoje jutro zaczyna się dziś (link do FB). Właśnie ten projekt to znak, że jestem silniejsza niż wydawało mi się jeszcze jakiś czas temu i co najważniejsze – NIGDY nie jest za późno żeby zacząć wszystko od nowa i każdy moment może być tym odpowiednim. Trzeba tylko chcieć i naprawdę dać coś z siebie. O resztę zadbamy my w ramach projektu :). Zapraszam do nas (link na fb do TJ i www.twojejutro.com) po sporą dawkę motywacji ale i konkretnych narzędzi do wprowadzenia zmian!

Kari

Daj znać, że jesteś!

By | 2019-08-05T20:37:55+01:00 3 listopada , 2018|Ważne|