Wina (?) genów

…czyli spójrz inaczej

Kiedy w listopadzie 2018r. powstawał mój blog „To wszystko wina genów”, byłam krótko po kolejnej ale BARDZO ważnej diagnozie, która dała mi konkretną odpowiedź dlaczego mój organizm dosłownie szaleje i tak ciężko go ujarzmić. Dowiedziałam się, że to GENY (a dokładniej predyspozycje genetyczne i mutacje) w ogromnym(!) stopniu są odpowiedzialne za stan mojego zdrowia. Najważniejsze jednak było i jest to, że mam na nie wpływ i to większy niż mogłoby się wydawać. Jednocześnie poukładałam sobie w głowie to co do tej pory wydawało się niemożliwe i w końcu zrozumiałam czego ze względu na geny już nie zmienię w swoim, tak bardzo kiedyś nielubianym, wyglądzie. Pozostało mi więc zaakceptować to co jest, a przede wszystkim, spojrzeć na siebie z innej, lepszej perspektywy. Nazwa bloga jest więc przewrotna. Teraz, w maju 2019, po małej ale i potrzebnej przerwie, zmieniam trochę charakter bloga, ale kwestia genów i tego jak nimi pokierujemy” i wykorzystamy, a w konsekwencji poczujemy się zarówno fizycznie jak i psychicznie, jest jak najbardziej aktualna. Żeby stworzyć bloga właśnie w takim kształcie, a przede wszystkim dojść do tego punktu w którym aktualnie jestem, musiałam przejść długą drogę ( tutaj Moja historia) ale także potrzebowałam ostatnich kilku miesięcy, aby do końca wszystko dobrze sobie poukładać. Wiem, że było warto. Nie ukrywam jednak, że delikatnie pisząc, przez różnego rodzaju perturbacje, bywało bardzo ciężko.

Kiedy zapoznasz się z moją historią, dowiesz się, że za mną długa walka zarówno z ciałem jak i swoimi myślami. Wszystko w imię ideału (który przecież tak naprawdę nie istnieje, o czym zapomniałam ja i miliony ludzi na świecie) ale także bycia FIT i presji z tym związanej. Dzisiaj, w sumie po 19 już latach, patrzę na wszystko inaczej i chciałabym żebyś i Ty spojrzał/-a w inny, lepszy sposób. Jak? Po pierwsze i najważniejsze: zrozum, że to geny decydują o tym, że jesteśmy „jacyś” i możemy wyróżnić się w tłumie. Ty, ja i każdy inny człowiek na tym świecie swoją wyjątkowość i niepowtarzalność zawdzięczamy właśnie mieszance, którą dostaliśmy jeszcze przed przyjściem na świat. Szkoda, że o tym zapominamy i wolimy wyglądać jak z jednej taśmy produkcyjnej… Niestety w mentalności ogromnej liczby ludzi od dłuższego czasu zakodowane jest przeświadczenie, że szczęście daje właśnie nieskazitelna „idealna” twarz i sylwetka. Abstrahując od tego, że „ideał” to pojęcie względne, praktycznie co drugi człowiek ciągle walczy żeby coś zmienić, ulepszyć tak aby wyglądać w swoim mniemaniu możliwie jak najlepiej – czytaj „idealnie”. Każdy ma swój cel do którego dąży. Jeden ma czegoś za dużo, drugi za mało, trzeci nie taki kształt, a czwarty nie ma czegoś wcale,a piąty i kolejni nie lubią w sobie czegoś o czym inni nawet nie pomyślą. Tu nasuwa się pytanie dlaczego w pierwszej kolejności, zamiast walczyć o ulepszenie wszystkiego co możliwe, nie skupimy się na tym co jest w nas najpiękniejsze? Przykładowo ja często słyszałam, że mam piękne oczy, włosy, cerę i ogólnie, że jestem ładna, nawet bardzo. Owszem, za każdym razem było mi naprawdę miło i wciąż lubię te komplementy 🙂 ale jednak nie potrafiłam cieszyć się nimi do końca. Zamiast tego, wolałam szukać kolejnych niedoskonałości w swojej twarzy i nie tylko – o czym za chwilę. Widziałam krzywy nos (po upadku z łóżka piętrowego ;)) albo to, że puchnę, twarz przez to wygląda jak księżyc w pełni, do tego mam obrzęknięte powieki i sine worki pod oczami. Nie pomyślałam, że to czego ja aż tak nie doceniam w swoim wyglądzie, dla innych może być sporym kompleksem bo np. ze względu na różnego rodzaju choroby nie mają takich włosów jak ja i może nigdy nie będą ich mieć, a właśnie to byłoby ich największym marzeniem. Nawet ten mój „nieszczęsny” nos dla kogoś byłby lepszy niż sam posiada bo z jakiegoś powodu tego swojego nie toleruje. Ja teraz, na szczęście, o wiele bardziej doceniam to co dostałam w genach :).

Każdy z nas ma w sobie coś pięknego. Niezależnie od tego czy partnera traktujemy jak lustro, w którym się przeglądamy i szukamy zachwytów, czy wręcz przeciwnie, widzimy same niedoskonałości, to tylko od nas zależy czy to WŁASNE PIĘKNO znajdziemy i w końcu docenimy i potraktujemy jako atut. Skupienie uwagi na swoich walorach to już pierwszy krok żeby zacząć siebie lubić, a w końcu szczerze pokochać co zdecydowanie zmieni jakość naszego życia.

Kiedy znajdziemy już własne piękno, warto spróbować spojrzeć łaskawszym okiem na to czego w sobie nie lubimy i czego nie zmienimy – celowo nie napisałam „co gorsza” bo kto wie czy kiedyś tego minusa nie zamienimy na plus? Jeśli chodzi o mnie to nie wiem czy skończy się aż tak pozytywnie z tym zmienianiem w atut 🙂 ale póki co zaakceptowałam (a nie było łatwo, delikatnie pisząc) to, że mam tak mocną budowę i nigdy nie było i nie będzie mi dane być „filigranową kobietką”. Nawet kiedy zarzynałam się dietą, treningami i było już widać kości to ja i tak nadal nie byłam drobna. BARDZO mnie to frustrowało. Po latach wahań wagi i rozmiarów ubrań, po pierwsze wywaliłam to cholerne urządzenie zwane „wyciskaczem łez”, a po drugie zaakceptowałam, że mam naprawdę mocny „stelaż” i szeroki rozstaw, a mniejsze ubrania zwyczajnie nie są dla mnie. Dolna część ciała to ta, którą wyjątkowo ciężko mi ustabilizować. Geny zadecydowały, że tkanka tłuszczowa, a od lat zatrzymująca się woda, odkładają się właśnie tam gdzie kończą się plecy i niżej :). I co? I jajco :). Pozostaje mi zaakceptować ten fakt ALE… to też nie oznacza, że odpuszczam do końca i wychodzę z założenia, że „takie geny” i „muszę być duża”. Owszem, rozumiem, że mam ten mocny „stelaż”, biodra są szerokie, uda masywne. Jednak wiem, że to już w moich rękach (a raczej głowie) jest to czy się poddam i zaakceptuję, że mam dodatkowo jeszcze więcej tu i tam, czy też wezmę sprawy w swoje ręce i zrobię coś jeszcze dla swojego ciała – tym razem jednak mierząc siły na zamiary i biorąc pod uwagę realne możliwości mojego organizmu. Od razu zaznaczam – jeśli ktoś czuje się super w swoim ciele mimo większej ilości kilogramów to świetnie, zwłaszcza kiedy dodatkowo choć trochę stara się dbać o zdrowie i kondycję. Wówczas chwała mu za to i oby tak dalej! Ja przyznaję bez bicia, że wolę siebie kiedy nie czuję i nie widzę nadmiaru kilogramów ALE aktualnie podchodzę do tematu zupełnie inaczej niż kiedyś, ponieważ teraz zdrowie jest moim priorytetem i w rozsądny właśnie sposób walczę, mając przy tym świadomość co w kwestii mojego ciała realnie mogę jeszcze osiągnąć a czego nie. Nie marzę już bowiem o „idealnej sylwetce” ale o tym żeby po prostu czuć się ze sobą dobrze na tyle na ile jest to możliwe. I właśnie w tym momencie zarówno dla mnie, jak i dla ogromnej liczby osób, zaczynają się schody w postaci problemów zdrowotnych, które wydają się być przeszkodą nie do pokonania w walce o lepsze samopoczucie. A jak się mają do tego geny? Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, że większość chorób ma swoje źródło właśnie w genach, a nawet jeśli mają tego świadomość to nie wiedzą, że mają na nie o wiele większy wpływ niż się wydaje i mogą zahamować wiele niekorzystnych procesów w swoim organizmie. Jak to możliwe? Według doktora Davida Hebera z Uniwersytetu Kalifornijskiego „geny to pistolet ale to my (m.in. dietą, stylem życia) pociągamy za spust”. Tak naprawdę wszystko co robimy i jaki tryb życia prowadzimy, odbija się na całym naszym organizmie. Kluczowe jest też w jaki sposób to uskuteczniamy, ponieważ przykładowo różne produkty należące do kategorii „zdrowego jedzenia” niekoniecznie są tak odbierane akurat przez nasze ciało. Co równie ważne, a wręcz najważniejsze, WSZYSTKO to kwestia indywidualna i każdy ma swój własny klucz do dobrej kondycji całego organizmu. Dotyczy to zarówno diety jak i suplementacji, typu/jakości/ilości a nawet pory  ykonywania treningu, stresu i umiejętności radzenia sobie z nim, ilości snu ale także wielu innych czynników o których piszę na blogu. Ma to sens skoro każdy z nas ma swoją własną i  iepowtarzalną mieszankę genów, prawda? 🙂 Ja dzisiaj, patrząc z perspektywy czasu na to co robiłam, widzę kiedy pogarszałam swój stan zdrowia, a kiedy byłam w lepszej formie. Jednak więcej o tym wszystkim będę jeszcze pisać w późniejszym czasie bo to temat rzeka.

Jaki więc wniosek z tego wywodu? 😉 KAŻDY Z NAS JEST WYJĄTKOWY i to tylko w tym pozytywnym znaczeniu; niezależnie od tego czy ma się mniej czy więcej tu lub tam ale także jaki ma się kolor włosów (dlaczego akurat rudzielce są dyskryminowani?), „bonusy” na skórze czy jej kolor, rysy twarzy, kształt nosa, uszu i wiele wiele innych – bo ilu ludzi tyle kompleksów. Kluczowe jest to żeby widzieć swoje własne piękno, a jeśli już się uprzemy i postanowimy coś zmienić, to trzeba zrobić to w rozsądny sposób, jednocześnie stawiając w pierwszej kolejności na zdrowie – zarówno fizycznie jak i psychiczne. Dobrze funkcjonujący organizm to podstawa. Jak to mówią „w zdrowym ciele zdrowy duch”. Kochani, powiedzmy STOP KOMPLEKSOM, które skutecznie zatruwają nam życie i prowadzą do AUTODESTRUKCJI i niszczenia nam życia na wielu płaszczyznach. Z drugiej strony, bądźmy też bardziej życzliwi dla innych. NIE DYSKRYMINUJMY i nie patrzmy na drugiego człowieka doszukując się jego „niedoskonałości”. Zamiast tego doceńmy i powiedzmy na głos to co w nim piękne. Wielu z nas nie zdaje sobie sprawy jak jeden komplement czy wręcz przeciwnie nawet pojedynczy przytyk, może całkowicie zmienić spojrzenie na siebie. Tak apropos… Mimo tego, że minęło już prawie 20 lat, do dzisiaj „Tłusty Czwartek” kojarzy mi się niezbyt sympatycznie (mimo wszystko) od czasu jak jeden kolega z klasy w podstawówce naśmiewał się ze mnie mówiąc, że to mój dzień i pewnie będę biła rekordy w jedzeniu pączków bo i tak jestem tłusta. Dzisiaj myślę, że widocznie w taki sposób leczył swoje kompleksy, ponieważ sam był obiektem żartów (ze względu na swój wzrost i okulary) zatem na kimś musiał się wyładować. Cóż, mam nadzieję, że dzisiaj jest szczęśliwy i już nie musi tego robić :). Stworzyłam tego bloga, ponieważ chciałabym (i mam nadzieję, że to nie marzenie ściętej głowy) aby coś zmieniło się w naszym myśleniu, odbiorze siebie ale i drugiego człowieka. Wielu ludzi naprawdę nie zdaje sobie sprawy do jakiej ruiny w CAŁYM organizmie mogą doprowadzić kompleksy. Czas zacząć zwracać uwagę na ten problem. Nie wstydzić się o tym mówić głośno ale też nauczyć patrzeć na siebie bardziej przychylnym okiem a przy tym= sobie pomóc. Kampania #genowelove  ma właśnie m.in. taki cel. Będzie mi niezmiernie miło kiedy i Ty przyłączysz się i okażesz swoje wsparcie. Niech ta akcja ma jak największy zasięg po to aby naprawdę coś zmienić w naszych głowach a przez to w całym swoim życiu.
Uff, tyle tytułem wstępu :). Zapraszam do lektury całego bloga! 🙂

P.S. Pamiętaj o jeszcze jednej ważnej kwestii, o której i ja muszę sobie co jakiś czas przypominać kiedy miewam kryzys: powrót do równowagi zarówno psychicznej jak i fizycznej to proces, który potrzebuje CZASU. Nie załamuj się jeśli od razu nie zmienisz wszystkiego. Najważniejszy jest ten pierwszy krok a potem już idzie. Naprawdę. Nawet jeśli zdarzy się Tobie zrobić jeden krok do tyłu to i tak liczy się to co nastąpi za chwilę kiedy zrobisz dwa kroki – do przodu!

Daj znać, że jesteś!

By | 2019-05-22T22:54:12+02:00 22 maja , 2019|Ważne|